Wakacje w Mrozach
autor: Andrzej Wróblewski
Mrozy to miejscowość położona w odległości 60 km na wschód od Warszawy na szlaku kolejowym Warszawa-Terespol. Z miejscem tym związane są moje wspomnienia z czasów dzieciństwa i młodości. To właśnie tam razem z moją siostrą Joanną i bratem ciotecznym Piotrem przez kolejnych 9 lat (w latach 1962-1970) spędzaliśmy dwumiesięczne wakacje. Wyjeżdżaliśmy tam zawsze w dniu 1 lipca wspólnie z opiekunką brata ciotecznego panią Anielą.
Osada Mrozy
W tamtych czasach Mrozy były formalnie wsią, choć tamtejsi mieszkańcy mówili, że jest to osada. Było w tym trochę racji, gdyż zabudowa Mrozów odznaczała się różnorodnością. Miejscowość ta była przecięta torami kolejowymi. Na północ od nich znajdował się dworzec kolejowy, a tuż za nim piętrowe kamienice z brukowanymi ulicami. Można by rzec, że to taka miniaturka miasta. Na południe od torów kolejowych rozciągały się typowo wiejskie zabudowania. Zagrody obejmujące parterowe domy mieszkalne, stodoły i obory otoczone sadami i polami uprawnymi. Ozdobę krajobrazu stanowiły też rozległe i różnorodne lasy otaczające Mrozy od zachodu i północy.
Mieszkaliśmy w wynajętej od miejscowych gospodarzy, państwa Kowalików, części drewnianego domku mieszkalnego z werandą. Gospodyni był osobą przyjazną i hojną. Namawiała, by zrywać sobie rosnące w ramach zagrody porzeczki, maliny i czereśnie, których latem nie brakowało.
Kopalnia
Tuż za ogrodzeniem zagrody można było przejść wąską ścieżką do malutkiego sosnowego zagajnika, a za nim polną drogą do glinianek. Były to wypełnione wodą trzy wyrobiska po wydobywanym tam żwirze do produkcji elementów betonowych w znajdującym się tuż obok niewielkim zakładzie wytwarzającym kręgi studzienne i krawężniki. Miejscowi mieszkańcy nazywali te wyrobiska kopalnią. Zwłaszcza pierwsza z glinianek, najstarsza i już nie eksploatowana, stanowiła miejsce kąpieli i opalania się w upalne dni. Mimo że dno w gliniankach było zdradliwe, wszyscy znali miejsca bezpieczne do zażywania ochłody przez słabo umiejących pływać. Zdarzały się też, niestety, przypadki utonięć, zwłaszcza w dwóch pozostałych gliniankach, gdzie woda była bardzo zimna, co powodowało skurcze w czasie kąpieli i utonięcie. Sprzyjały też temu wiry i nieregularne dno. Pamiętam, że za czasów moich pobytów wydarzyły się takie dwa przypadki. Na ogół jednak unikano kąpieli w tych dwóch nowszych gliniankach. Jedynie w tej pierwszej, gdzie woda była najcieplejsza, a dno dobrze rozeznane, panowały najlepsze warunki do kąpieli.
Glinianka ta była zresztą szczególnym obiektem w życiu Mrozów. Stanowiła źródło połowów ryb, których pływało tam sporo. Mój dziadek, który przyjeżdżał z babcią przez dwa ostatnie lata naszego pobytu, był zapalonym wędkarzem. Dlatego glinianka stanowiła dla niego idealne miejsce do wypoczynku. Brał ze sobą wędki i mógł tam siedzieć przez cały dzień. Efekty jego połowów były niemałe. Prawie codziennie łapał po kilka, a nawet kilkanaście niewielkich szczupaków, które tam dominowały. Pewnego dnia udało mu się złowić okazałego lina o długości prawie pół metra, który ważył ok. pół kilograma. Fakt ten wywołał prawdziwą sensację wśród tubylców, gdyż nikt dotąd nie złowił tak dużej ryby.
W tej gliniance gospodarze poili też bydło, przede wszystkim krowy. Jak widać, ten szczególny zbiornik wodny spełniał wiele funkcji. Mimo że obecnie służby sanitarne mogłyby mieć sporo zastrzeżeń, w tamtych czasach symbioza ludzi, ryb i bydła nie przynosiła żadnych chorób ani zakażeń.
Grzybobranie
Za gliniankami w południowo-zachodniej części Mrozów przed torami kolejowymi rozciągały się zagajniki poprzedzielane polami porastającymi głównie żytem. W miejscowym nazewnictwie był to „las za kopalnią”. Ciągnęły się one przez prawie dwa kilometry na południe od wsi Sokolnik. Rosły w nich nieprzebrane ilości grzybów. Zarówno przebywający tam letnicy, jak i miejscowi mieszkańcy, chodzili do tych lasów kilka razy dziennie i nikt nie wracał z pustym koszykiem. Szczególnym miejscem w tym lesie był zagajnik sosnowy, w którym rosły młode drzewka gęsto obok siebie. Ich gałęzie sięgały aż do ziemi. Kryły w sobie ogromne ilości maślaków, które wyrastały ze ściółki pokrytej suchym igliwiem. Z tego powodu zagajnik ten zwany był „spiżarnią”. Maślaki można było zbierać, tylko czołgając się pomiędzy choinkami, Zainteresowaniem cieszyły się też młode brzózki, w których można było znaleźć sporo czerwonych koźlaków. Najbliżej wsi Sokolnik znajdował się las grabowy. Pod każdym grabem wyrastały kępki mchu, w których można było znaleźć całe kolonie siwych koźlaków, niedużych, z krępymi korzonkami przypominającymi kształtem beczułkę.
Tuż po przekroczeniu torów kolejowych wchodziło się do wielkiego sosnowego lasu, Nazywano go „lasem za torami”. Był to bardzo specyficzny teren dla grzybiarzy. Poszycie tego lasu stanowiło głównie suche igliwie sosnowe. Pod nim można było znaleźć prawdziwki wyrastające prosto z piasku. Nigdy jednak nie wystawały ponad powierzchnię, lecz kryły się pod igliwiem, tworząc specyficzną górkę. Znajomość kształtu tej górki decydowała o wielkości grzybowych plonów. Niełatwo było odgadnąć, pod którą górką znajdował się prawdziwek. To stanowiło domenę tubylców, którzy w tym względzie dysponowali większymi umiejętnościami.
Stadion
W południowej, wiejskiej części Mrozów, znajdował się jeszcze stadion piłkarski, na którym mecze rozgrywała B-klasowa drużyna klubu Watra Mrozy. Byłem nawet na jej kilku meczach. W tamtych czasach boisko porastała dziko rosnąca trawa i koniczyna, na której pasały się krowy. Trybuny stanowiły trzy rzędy mocno podniszczonych ławeczek, a stadion był ogrodzony betonowymi płytami tylko z jednej strony. W okresie wakacyjnym, raz w tygodniu, głównie w sobotnie wieczory, stadion odgrywał dodatkową rolę. Koło ogrodzenia znajdowało się zbite z desek podium, na którym w czasie zabaw tanecznych grał warszawski zespół beatowy „Błękitne cienie”. Członkowie zespołu też spędzali wakacje w Mrozach. Była to atrakcja dla miejscowej młodzieży uczestniczących tłumnie w tych potańcówkach.
Tartak, tramwaj i sanatorium
Obok stadionu miał siedzibę niewielki tartak – jedyny, obok cegielni, obiekt produkcyjny w tej części miejscowości. Również niedaleko stadionu, tuż obok dworca kolejowego, znajdowała się końcowa stacja tramwaju konnego, który kursował do miejscowości Rudka przez okoliczny las. Było tam sanatorium gruźlicze, do którego zarówno pacjenci, jak i odwiedzające ich osoby jeździli tym pojazdem. Tramwaj ten funkcjonuje do dzisiaj jako obiekt zabytkowy i jest podobno jedynym tego typu obiektem w Europie. Zachowały się oryginalne tory i stacyjki na trasie z Mrozów do Rudki.
Jadąc z Mrozów w kierunku południowym można dotrzeć od miejscowości Jeruzal, w której kręcono popularny serial „Ranczo”. Znajdujące się tam obiekty zostały zaopatrzone w tablice informacyjne opisujące rolę każdego z nich w serialu. W miejscowym sklepie „U Krysi” sprzedawane jest nawet słynne wino „Mamrot”, które na pobliskiej ławeczce piły jedne z postaci tego serialu.
Handlowe centrum miasteczka
Północna część Mrozów to obszar o typowo miejskiej zabudowie. Poza budynkiem dworca było tam kilkanaście piętrowych kamienic, dwie piekarnie i niewielki sklep GS z artykułami rolniczymi. Niedaleko od siebie znajdowały się: remiza strażaka, drewniany kościółek i restauracja „Mrozowianka” zwana szumnie „mordownią”. Właścicielem jednej z piekarni był pan Piotr Starosta, którego imieniem jest nazwany obecny park. Wyjście do piekarni-cukierni pana Starosty na lody w każdą niedzielę było dużą atrakcją dla dzieci i młodzieży. Niedaleko od tej piekarni, tuż przy przejeździe przez tory kolejowe, znajdował się plac targowy. W każdy wtorek i piątek zjeżdżali się tam okoliczni rolnicy i gospodynie wiejskie sprzedający swe wytwory: owoce, warzywa, nabiał i drób. Dla nas to była zawsze wielka wyprawa po zakupy z panią Anielą. Mieliśmy rowery, na których woziliśmy zakupione produkty. W tamtych czasach zaopatrzenie w żywność nie było łatwe. Obydwie piekarnie sprzedawały pieczywo tylko we wtorki i piątki. W te dni już o 5 rano trzeba było jeździć rowerem, aby potem stać w długiej kolejce po chleb, którego już po dwóch godzinach zabrakło. Tak rzadki wypiek był prawdopodobnie spowodowany trudnościami zaopatrzeniowymi w surowce.
Letnie atrakcje
Nasze pobyty wakacyjne obfitowały w przeróżne atrakcje. Dzieci naszych gospodarzy i okolicznych sąsiadów byli na ogół naszymi rówieśnikami. Łatwo więc nawiązywało się kontakty. Organizowaliśmy wspólnie zawody lekkoatletyczne, w których oszczep stanowił wycięty w lesie suchy konar olszyny, a kulę – kamień znaleziony na pobliskim polu. Rozgrywaliśmy też mecze piłkarskie i siatkarskie. Ważnym punktem były też wspólne wyprawy grzybowe, pasanie bydła i żniwa, w których pomagaliśmy gospodarzom, głównie podając snopki żyta do młockarni.
Atrakcję stanowiły też coroczne spotkania imieninowe. Moja siostra i jej imienniczka – córka gospodarzy, też Joanna – obchodziły swoje święto w dniu 21 sierpnia. Z tej okazji zapraszano całą okoliczną młodzież. Przed domem gospodarzy znajdował się długi stół, na którym pojawiały się owoce i słodycze, w tym pieczone domowym sposobem ciasto i miejscowy pyszny napój – oranżada z Mrozowskiej wytwórni pana Kasprzaka. W tamtych czasach taki napój był prawdziwym rarytasem.
Miejskie zmiany
Dzisiejsze Mrozy to już zupełnie inna rzeczywistość. Byłem tam przed paru laty i to, co zobaczyłem, utwierdziło mnie w przekonaniu, że czas potrafi dokonać wielkich zmian. Przede wszystkim Mrozy są już miastem. Prawa miejskie uzyskały w dniu 1 stycznia 2014 r. Wiejska, południowa część miasta nie przypomina rolniczego krajobrazu. Pola uprawne to obecnie obszar domków wypoczynkowych i przydomowych ogródków. Teraz to bardziej tereny rekreacyjne niż rolnicze. Piaszczyste ulice z przeszłości są obecnie pokryte asfaltem, a chodniki wykonane z kostki brukowej. Tak samo wyglądają nawierzchnie w północnej części Mrozów. Mimo że rozkład zabudowań się nie zmienił, to zamiast drewnianego kościółka, który spłonął, wybudowano wielką, murowaną świątynię według nowoczesnego projektu. Zbudowano też nową remizę strażacką i efektowną siedzibę Urzędu Miasta Mrozy. Renowacji poddano budynek dworca kolejowego. Obecny stadion to teren ogrodzony niebieskimi panelami z siatki, z przystrzyżoną starannie murawą boiska i stojącą obok krytą sceną koncertową.
Często w czasie spotkań rodzinnych wspominamy z siostrą i bratem ciotecznym te tak odległe, ale w pamięci wciąż zachowane momenty niezapomnianych wakacyjnych przeżyć z młodości. Słuchająca nas młodzież z niedowierzaniem postrzega opisywaną przez nas przeszłość, gdzie warunki życia były zupełnie inne niż dzisiaj, Dla nich to jednak okazja do poznania żywej historii zawartej w naszych wspomnieniach, a nie w podręcznikach.
Zdjęcie na wstępie wpisu przedstawia autora artykułu (pierwszy od lewej) wraz z kolegami: Sławomirem Kowalikiem i Józefem Sujakiem, Mrozy lata 60. XX wieku (archiwum Andrzeja Wróblewskiego)
Redakcja Mrozopedii bardzo dziękuje Panu Andrzejowi Wróblewskiemu za przesłane wspomnienia i zdjęcia.


